Karczma na Discordzie Dołącz do naszej grupy na FB!
Strona główna » Moje opowiadanie na Konkurs Świąteczny – opowieść o bitwie Nilfgaardczyków z komandem Scoia’tael w Angren!
Gawędziarze i inni kłamcy

Moje opowiadanie na Konkurs Świąteczny – opowieść o bitwie Nilfgaardczyków z komandem Scoia’tael w Angren!

Opowiadanie na Konkurs Świąteczny

Wczoraj minął termin na przesyłanie opowiadań na Konkurs Świąteczny, organizowany przez oficjalną stronę Gwinta. Mam nadzieję, że wszyscy chętni wyrobili się w terminie 🙂 Ja postanowiłem przystąpić do konkursu i podzielić się z Wami swoją pracą.

Zachęcam do dzielenia się swoimi opowiadaniami konkursowymi na naszej karczemnej grupie lub w komentarzu pod tym artykułem!


 „- Jesteśmy już blisko kryjówki Scoia’tael, Wasza Świątobliwość! – odparł z pokorą Traeheaern var Vdyffir, dodając – według obliczeń Xarthisiusa…
 – Thaess, idioto! Nie widzisz, że cesarz jest w tej chwili zajęty? – odparł Serrit, który wyłonił się pochodu wiedźminów Żmii jak zza mgły, na swojej dostojnej kasztance.
Zaiste, Jan Calveit tego dnia prezentował się ze swą bezczelną arogancją śmielej niż zwykle. Sama jazda na bitwę bez stosownej zbroi, nawet w przypadku osoby wydającej polecenia zza pleców innych, jest szalenie niebezpieczna, szczególnie w starciu z tak znamienitymi łucznikami jak elfy. Jakby tego było mało, Calveit na bitwę jechał w swoim ulubionym powozie triumfalnym, którego zwykło się używać na uroczystości państwowe czy zwycięskie pochody w stolicy, a nie jako prymarnego środka transportu. Cesarz, jak zwykle, siedział wygodnie na swoim przenośnym tronie z zamkniętymi oczyma. Lubił dużo myśleć i kontemplować w samotności, dlatego nie cierpiał kiedy mu przeszkadzano, toteż var Vdyffir – cesarski posłaniec – nie zamierzał dalej naruszać jego wrażliwego charakteru i posłusznie odbił na swoim wierzchowcu ku lewej stronie pochodu cesarskiej armii.
Mała, jak na możliwości finansowe Nilfgaardu, ledwie 30 tysięczna armia, złożona z nowych, eksperymentalnych odmieńców nazywanych wiedźminami, piechurów, zwiadowców, konnicy i kuszników, kroczyła w głąb bagnistego Angren, by wytropić i rozbić ostatnie wielkie komando Scoia’tael, które zaczęło mieszać się w politykę Nilfgaardu z jej lennikiem – Temerią. Historia tego konfliktu jest długa i zawiła –  opowiem o tym przy innej okazji…
Dzięki działaniu siatki wywiadowczej i złapaniu kilku przedstawicieli „Wiewiórek”, cesarz mógł sprawnie i szybko przypuścić atak. Nie zwlekał więc z szybkim ruszeniem do Angren. Calveit miał jednak zupełnie inną motywację do tak szybkiego i zdecydowanego rozprawienia się z wrogiem – chciał po raz pierwszy przetestować w boju oddział wiedźminów szkoły Żmii, który miał być kluczem do jego przyszłych sukcesów i odzyskania dominacji na Kontynencie, po nieudolnych rządach Morvrana Voorhisa. Dlatego też intensywnie myślał o bitwie podczas drogi, nie dopuszczając do siebie komunikatów od współpracowników.
Wtem, coś jakby lekko poruszyło gałęzią, mijanej przez powóz Calveita Wierzby. Letho, który jechał po prawicy króla, niczym rasowy drapieżnik, instynktownie odwrócił swój koci wzrok ku drzewom. Cesarz nagle otworzył oczy. Ułamek sekundy przed tym, jak jedna ze strzał, niczym dryfujący w powietrzu Gryf, minęła jego nos o milimetry. To mogło zapowiadać tylko jedno:
Spar’le!!! Ni’l ceim siaar!!! 
Z dzikim, zwierzęcym rykiem, zza zarośli wyskoczyli Neofici. Były to słabo uzbrojone jednostki, lecz piorunująco szybkie i zwinne jak pantery. Zeskakiwali oni prosto z drzew na zdezorientowaną konnicę, która okalała armię Czarnych. Rozgorzał wir bezlitosnej walki i szamotanin, zaś deszcze strzał ze strony lasu zbierały śmiertelne żniwo.
Jan Calveit, którego sylwetka zmieniła się nie do poznania, szybko zarządził odwrót i reorganizację szyków bojowych. Było mu wstyd, że dał się nabrać własnej pysze. Ten wstyd napędził go teraz do nagłego ożywienia, by mógł zatrzeć swój wielki błąd. Po bezpiecznym odwrocie i rozbiciu obozu, dla Nilfgaardczyków nadszedł czas na przygotowania do starcia z wrogiem, który powitał ich z takimi „honorami”.
Nazajutrz, po drugim pianiu koguta, armia Calveita była już w pełni gotowa do walnej bitwy. Osłabiona znacznymi ubytkami w oddziałach kawalerii (która w Angren nie była kluczowa w związku z grząskim podłożem), ruszyła, zgodnie z nakreślonym planem w głąb leśnej gęstwiny. Elfy miały swą kryjówkę w ruinach. Cesarza Calveita zaskoczył brak jakichkolwiek pułapek i zasadzek ze strony dobrze przystosowanego do terenu wroga. Cisza przed burzą? To nie w stylu elfów. Mimo to, żołnierze cieszyli się z takiego obrotu sprawy i już nie mogli się doczekać bitwy na ich warunkach.
– Mieli przewagę taktyczną, powinni ją wykorzystać i dobrze się ufortyfikować. To może tłumaczyć brak pułapek. – odparł Vrygheff, dowódca dywizji Deithwen, który słynął z kamiennego wyrazu twarzy.
 – Albo może świadczyć o ich przymierzu z lepiej wyposażonymi wojskami. Elfie ścierwo nie potrafi samemu niczego wymyślić, poza prymitywnymi zasadzkami i wilczymi dołami. – wycedził Tibor, głaszcząc swego rumaka po grzywie.
 – …ale jak ich ktoś poprowadzi, to się potrafią zorganizować. Zupełnie jak my, wiedźmini. – odparł Letho z Gulety, skrywający swą potężną sylwetkę pod skromnym habitem.
 – Wy, wiedźmini, jesteście zbyt prymitywni, by… – Calveit przerwał Tiborowi majestatycznym machnięciem dłonią.
 – Jesteśmy na wojnie, prawda? Więc niech raczą panowie się nie kłócić. – odpowiedział spokojnie, aby uciszyć zwaśnionych adwersarzy. W głębi duszy, słowa dowódcy dywizji Alba zabolały jego ego – tyle lat łożył na eksperymentalne badania, mające odtworzyć wiedźmińską Próbę Traw, w celu stworzenia własnej armii mutantów, która miała mu zapewnić chwałę w dziejach Nilfgaardu i dominację na Kontynencie. Dla niego ten projekt musiał zakończyć się sukcesem.
Wtem, coś ruszyło się wśród niespokojnych drzew. Letho drgnął i jak zaprogramowana maszyna w momencie zrzucił habit i wyciągnął dłoń, którą złożył w znak Aksji. Z drzewa spadł młody, na oko 14 letni elf z wiewiórczym ogonem przy rudych włosach. Letho w mig dopadł nieszczęśnika, wyciągnął swe ostrze i przyłożył jego koniec do szyi przygniecionego jego stopą młodzieńca.
 – Myślicie, że wygracie Dh’oine? Jaki macie plan? – zapytał niczym nie wzruszony elf.
 – Improwizujemy. A Wy, jaki macie? Chować się po ruinach jak szczury? – warknął wiedźmin, wpatrując się głęboko w oczy i schylając się do chłopaka.
Cały pochód stanął. Wokół Letho zgromadził się półokrąg zaciekawionych wojów. Wszyscy stali w osłupieniu.
 – Coś na koniec? – powiedział zniecierpliwiony Letho.
 – A’báeth me aep arse, Vatt’ghern! – wykrzyknął chłopak, po czym splunął w twarz wiedźminowi. Letho pchnął miecz prosto w grdykę elfa, ale zamiast wytrysku krwi, w oczy buchnęła mu para popiołu. Jego medalion drgał. Iluzja?
W tym momencie było to nieistotne, bo wokół niego rozgorzał wir walki. Szczęk stali i świst strzał. Elfie okrzyki przeplatały się z nilfgaardzkimi przekleństwami. W tym harmidrze nienawiści zdołał zlokalizować oddział wiedźminów, którym dowodził, a który znalazł się w głębokiej defensywie, tworząc sobie prowizoryczne barykady z obalonych wozów cesarskich.
 – Co się stało do cholery jasnej? – wrzasnął rozeźlony Letho w kierunku draśniętego w rękę Serrita.
 – Kur*a, w co my się wpakowaliśmy! – odparł z grymasem bólu Serrit, ciągnąc dalej – te elfy mają jakąś niesamowitą potęgę za sobą!
 – Co ty mi tu pieprzysz, przecież to tylko jedno je*ane komando!
 – Żebyś wiedział, że je*ane! Patrz tam! – Serrit z trudem wyściubił nos zza barykady, unikając przy okazji strzały Łucznika z Dol Blathanna. Wskazał „Zabójcy Królów” walczące oddziały elfów z nilfgaardzkimi żołnierzami.
 – Letho, widzisz te powbijane w ziemię włócznie i tarcze? Te przedmioty tworzą jakąś magiczną aurę, która wzmacnia te elfy!
 – Ale jak, przecież to niemożliwe, żeby zwykła dzida…
– Jak kur*a niemożliwe? Naprawdę nie słyszałeś o Artefaktach!? – wrzasnął ironicznie Serrit.
 – Jest wojna do diaska! Chcesz uratować swój wiedźmiński, blady tyłek, to lepiej choć i przypuszczamy szarżę na te Artefakty! – buńczucznie wykrzyknął Letho, ciągnąc druha za prawicę.
 – Jest jedna, mała rzecz, którą musisz wiedzieć…
 – Co znowu? Zaraz Czarni popadają jak łeb Demawenda po ścięciu.
 – Nie mamy możliwości zniszczenia Artefaktów. Mogą to zrobić tylko specjalne jednostki. – odparł cicho Serrit.
– Że co? Przecież to zwykły patyk, przełamie to i się rozpadnie, co ty pieprzysz! – krzyknął zirytowany wiedźmin.
 – Nie pieprzę. Spróbuj sam mądralo! – bąknął Serrit, po czym odwrócił się od towarzysza. Letho nie rzucił słów na wiatr i próbował przedrzeć się na tyły Scoia’tael, aby zniszczyć potężne Artefakty pod postacią zwykłych broni.
Tymczasem walki trwały. Obie strony zaciekle się odpychały, broniąc swych pozycji jak wściekłe biesy. Nilfgaardczycy mimo wszystko słabli. Cesarz Jan Calveit patrzył na rozwój wydarzeń ze wzgórza, wraz z Xarthisiusem. Niepokoił się o losy bitwy – widział wpływ nieszczęsnych Artefaktów na wrogie wojska. Teraz bardzo żałował, że nie przeznaczył punktów werbunku na miejsce dla Fałszywej Cirilli bądź Opętanego Da’o… Albo chociaż Miotacza Petard! Mógł teraz tylko łapać się za skroń i nienawistnie spoglądać na tajemniczą kobietę z opaską na oczach, która zdawała się trzymać pieczę nad Artefaktami.
Pewnie ciekawi Was, kto tak naprawdę walczył i wsławił się na polu bitwy, nie? Czy jakiś legendarny wojak bądź czarodziej pojawił się w bitwie w Angren? A jakże! Silny jak tur Ele’yas stanowił oparcie dla drugiej linii Scoia’tael, dając reszcie wolną rękę w szarżach do przodu. Milaen strzelała celnie i dokładnie, wprost między czoło a pióra na hełmie Brygad Impera, zaś Toruviel szalała w rzędzie walki wręcz, walcząc ramię w ramię z Komandosami, nie dając wytchnienia Czarnym. Był też jeden gość, który nie wyglądał na elfa, ale wsławił się tym, że strzelał do Nilfgaardczyków za pomocą porów. Podobno ani razu nie chybił!
Po stronie Nilfgaardu też nie brakowało osobistości. Cynthia przyzwała na pole bitwy potężne golemy, które bez trudu taranowały uciekające elfy. Jak się później okazało, były jednak bardzo wrażliwe na materiały wybuchowe, którymi Saperzy Vrihedd je pacyfikowali. Nilfgaard mógł też liczyć na Egana, który pod połączeniu z Letho ruszył wraz z resztą wiedźminów na magiczne Artefakty. Chcieli je zniszczyć – bez skutku! Magiczna bariera skutecznie ich odpychała. Całe szczęście na placu boju był obecny Albrich, który obiecał skumulować energię na przyzwanie zaklęcia, które pomoże wiedźminom dobrać się do włóczni i tarczy.
Czarodziej wykrzyczał zaklęcie, osłaniany z przodu przez oddział odmieńców. Po chwili wokoło rozniósł się czerwony dym.
 – Uff, całe szczęście cesarz zabrał ze sobą Klątwę Umy! (skubany, jak on to w koszcie werbunku zmieścił?)! – wykrzyknął zamroczony Albrich
Z dymu uformowało się zwierciadło, a w nim trzy postacie – jedna z nich przedstawia słodką krówkę, pasącą się w zagrodzie, druga pokazywała jakiegoś głupiego konia na dachu, a trzecia…
 – TAK! – wykrzyknął Serrit.
 – Co? – odparł Letho z niedowierzaniem.
 – RNG! – wykrzyknął i stanął jak wryty jeden z Rekrutów, składając ręce do oklasków, po czym padł jak długi ze strzałą w szyi.
Po chwili z czerwonego zwierciadła dało się poczuć przenikliwy mróz i chłód. Szron w mig pokrył zielone liście z drzew, na walczących spadł obfity śnieg. Wiatr się wzmógł.
 – Ted Deireth!!! Jak to możliwe? – zaczęły krzyczeć w rozpaczy oddziały Wiewiórek
Bariera, wraz z włócznią i tarczą rozbiły się w drobny mak. Kobieta, która ich chroniła gdzieś znikła.
Zawierucha szybko ustała. Letho wstał i wygramolił się spod śniegu. Niedawne pole bitwy wyglądało jak jedno wielkie bagno. Powoli spod śniegu zaczęli powstawać inni wiedźmini i niedobitki nilfgaardzkie. Ani jeden elf nie wstał. Jan Calveit oszalał z radości na wzgórzu.
 – RNG, jak ja kocham RNG!!! Wiktoria! – zaczął tańczyć i wiwatować, wprowadzając w zakłopotanie Xarthisiusa.
Ocalali z tego całego bajzlu poszli w ślady swego zwierzchnika i też poczęli wiwatować. Nilfgaard odniósł wielkie zwycięstwo… tak się wszystkim wydawało.
Wtem, jak gdyby nigdy nic, z ruin wyszedł tajemniczy mężczyzna, odziany w płaszcz z kapturem i dzierżący miecz.
 – Oooo, patrzcie chłopy, niedobitek elficki wylazł!
 – Narobiłeś w gacie ze strachu przed Nilfgaardzką potęgą!
Tajemnicza postać na szyderstwa ze strony Czarnych nie odpowiedziała. Podeszła na odpowiednią odległość i wbiła tajemniczy miecz w miękką glebę. Światło rozbłysło, oślepiając wszystkich. Gdy Letho, cesarz i reszta wiedźminów znów mogli widzieć, ujrzeli tylko martwych szyderców, którzy jeszcze sekundę temu wiwatowali na cześć wielkiej wygranej.
 – Co tu się dzieje? – odrzekł zdezorientowany Calveit, dodając – ale przecież… ja wygrałem, gdzie moje zwycięstwo, kim jest ten człowiek?
 – Zobaczysz je – odparł tajemniczy – we śnie.
 – Nie, to nie może… Przecież moje wróżby nigdy nie… – rozpłakał się Xarthisius.
 – Czy ty chcesz mi właśnie powiedzieć, że… PRZECIEŻ ARTEFAKTY MIAŁY BYĆ NIEGRYWALNE PO NERFACH!
 – Letho, chyba czas się zbierać, zanim ten Sihil… – nie zdążył dokończyć Serrit.
Nie muszę chyba dopowiadać co było dalej! Koniec bajań na dziś, a teraz rozejść się, bo gardło muszę zwilżyć!”

Prośby Karczmarza

I jak znajdujecie najnowszy wpis w Karczmie? Co japę rozdziawia? Tak, do Ciebie mówię! Podjadłeś? Popiłeś? Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? No! To bardzo dobrze, a teraz bądź tak miły i doceń starania starego Karczmarza dołączając do naszej wesołej kompanii! 

R E K L A M A
zvr
Twoja reakcja
  • Mariusz Wanat

    Pytanie do autora: zmieściłeś się w wymaganej liczbie 2000 słów? 😉

    • Mateusz Byliński

      Tak 😉

  • Nitras95

    Takie sobie, dużo nienaturalnych tekstów i zachowań bohaterów oraz pojęć jak RNG w trakcie bitwy. Historia jako nawiązanie do Gwinta spełnia rolę, ale jako opowiadanie to już nie.

    • Mateusz Byliński

      Racja, też nie jestem do końca zadowolony z tej pracy, mogłem napisać lepiej. Tak btw to spieszyłem się, żeby się wyrobić, jeszcze o 23:57 pisałem, a równo o 23:59 poszedł mail 😀

  • Camill

    z 30-tysieczną armią na jedno komando? hmmm… z tego co kojarzę to komanda były niewielkimi oddziałami…
    Generalnie to fajnie się czyta zwłaszcza początek ale potem opowiadanie nabiera trochę „sztuczności” związanej z pojęciami z Gwinta… aczkolwiek szacun dla autora. Sam spasowałem gdyż nie czułem się na siłach napisać opowiadanie na podstawie Gwintowego pojedynku…

    • Mateusz Byliński

      Dzięki 😉

  • koniu65d

    Ja skleciłem coś takiego::
    Morvran voorhis: dowódca, genialny strateg i jeden z najbardziej zaufanych ludzi cesarza przechadzał się po prowizorycznym centrum dowodzenia. Zwykły, duży namiot z prostymi meblami. Na dużym stole leżały mapy. Ogólna królestw północy i kilka dokładniejszych między innymi terenu, na którym za kilka dni odbędzie się bitwa. Właśnie – pomyślał przywódca – ta bitwa to będzie nasza porażka. Mam dwie dywizje Magne, jedna dywizje Venedal, brygadę Nauzicaa i oddziały Impera, które dotarły nie dawno. Tyle. Tylko tyle. Miały być posiłki ze stolicy ale zwiadowcy donoszą, że póki co nie widać nawet chorągwi. Miał również się zjawić Tibor Eggebracht z dywizjami Alba ale o nim też nic nie słyszałem. Jesteśmy w potrzasku, w który sami się wpakowaliśmy. ,,Wróg ma przewagę ale nie wystarczającą żeby wygrać” Niech piorun trafi tego przeklętego Shilarda Fitz – Oesterlena. Informacje, które przyniósł były niedokładne. Z drugiej strony sam jestem sobie winien. Na rozpoznanie wysyła się szpiegów obeznanych w sztuce prowadzenia wojny, a nie dyplomatę. Z zadumy do rzeczywistości sprowadził go żołnierz który właśnie wbiegł do namiotu.
    – generale – był zdyszany, nie miał na sobie zbroi lecz lekki kaftan. Czyli zwiadowca. Cały w kurzu i ubłocony. Czyli właśnie się zjawił i musiał mieć na tyle ważną informacje, że postanowił ją przynieść od razu bez uprzedniego przygotowania które było niezbędne gdy staje się twarzą w twarz z głównodowodzącym. Nie jesteśmy dzikusami jak nordlingowie. Jeśli jednak wieści będą tego warte jestem skłonny mu wybaczyć pomyślał Morvran. – mały oddział wysłany tydzień temu w celu unieszkodliwienia zapasów wroga wykonał swe zadanie z pełną skutecznością. Minie przynajmniej tydzień nim wróg uzyska wsparcie logistyczne które pozwoli mu odbudować sieć dostaw.
    – dobrze się spisaliście cesarstwo jest z was dumne dziękuję za waszą służbę, a teraz odmaszerować – żołnierz szybko opuścił namiot dowódca natomiast usiadł nad mapą. Co teraz? Jeśli mamy wygrać tę bitwę to jest ten moment. Przeciwnik nie będzie już słabszy. Tylko czy to wystarczy? Co jeśli nie. Jeśli wyśle żołnierzy na śmierć a sam okryje się hańbą jak Menno Coehoorn. Jednakże cesarz nie pobłaża tym którzy przegrywają. Tym którzy nie spełniają jego życzeń. Rozkaz był jeden. Złamać obronę zjednoczonych królestw północy i otworzyć przejście na kontynent. Wygrać bitwę która przesądzi o losach wojny. Dobrze mam pomysł. Lepszego momentu na atak nie będzie i lepszej taktyki nie wymyślę, a historia osądzi moje decyzje.

    Piękny dzień by umrzeć – pomyślał świeżo upieczony rekrut. Wczoraj obierałem  ziemniaki, dzisiaj będę walczył, a jutro pewnie wraz z tysiącami innych trupów będę się powoli rozkładał na tej cudnej polanie, która za chwilę spłynie krwią. Dlaczego akurat ja? Brat słyszałem, że nie dawno został nowicjuszem i to w samym Vicovaro. Siostra podobno jest emisarjuszką. Rodzice byliby dumni. Jednakże ja to co innego. Zamarzyło mi się wojsko. Piękne panny, które ganiały by za mną. Pierś pełna odznaczeń i jakiś bard śpiewający na moją cześć. Tak marzenia zawsze wyglądają pięknie. Szkoda, że rzeczywistość musi być aż tak brutalna. Mieliśmy wygrać szybko i łatwo. Wrogowie mieli być słabi i po kilku potyczkach się poddać. Nagle się okazało, że chociaż wciąż skłóceni to potrafili się zjednoczyć i stanąć przeciw nam. Słyszałem jak bardzo są silni. Słyszałem, że niejacy komandosi niebieskich pasów potrafią zabijać od razu albo tak żebyś umierał jeszcze dostatecznie długo byś zrozumiał jak wielkim błędem było zaciągać się do armii. Ja na szczęście umrę szybko bo swój błąd zrozumiałem zawczasu. Oho zaczyna się. Najpierw konnica Nauzicaa. Słyszę bełty wystrzelone z ognistych skorpionów i pociski mangoneli. Słyszę szczęk broni, odgłosy strzelających kusz, tętent kopyt. Oddechy, szmery, krzyki wybuchy. Biegnę. Właściwie nie wiem dlaczego. Może dlatego że wszyscy biegną . Nie wiem. Biegnę. Widzę wroga próbującego odeprzeć atak kawalerii. Jestem blisko. Walczę. Cięcie, cięcie, riposta, cięcie, pchnięcie, atak, obrona, atak obrona. Jestem zmęczony. Jak długo walczę? Pięć minut? Dziesięć. Godzinę. Nic nie widzę. Pełno dymu, kurzu. Jeden wielki chaos. Widzę przeciwnika. Co mówili na odprawie? Nie patrzcie im w oczy. Spojrzałem. Wtedy zrozumiałem dlaczego był taki zakaz. Bo on bał się tak samo bardzo jak ja. Uciekł. Zostawił broń by szybciej móc biec. Upadłem na kolana. Czuję się zmęczony, głodny i tak po prostu mam już dość . Słyszę konie. Dziwne. Przecież według tego co nam przekazano atak kawalerii miał być jeden. Na samym początku by przerwać obronę wroga, a potem wszystko miało zależeć od nas. Więc skąd te konie. Może mi się już to wydaje. Nie. Wyraźnie widzę konie i jeźdźców. To nasi. Tylko co oni robią.  Jadą zbyt szeroko i zbyt wolno by impet uderzenia był skuteczny. Po za tym czemu się rozdzielili i jadą w dwóch różnych kierunkach. Nie rozumiem. Nie ważne. Walczę. Muszę. Wygram. Bądź zginę. Spojrzałem na wroga. Tak. Zginę.

    Morvran Voorhis obserwował uważnie pole bitwy. To był jego plan. Przy tak dużej dysproporcji sił i braku wsparcia to był jedny sposób. Szybki atak kawalerią wsparty atakiem ciężkiego sprzętu. Potem piechota i związanie przeciwnika walką na tyle długo by konnica mogła wykonać zwrot i uderzyć jeszcze raz ale na tyły tam gdzie przeciwnik miał wojska dystansowe. Łuki, kusze, arbalesty, katapulty, trebusze, balisty i wszystko to co nie jest mobilne. Atak który miał jedno zadanie. Wywołać chaos. Gdy morale spadają, a wojownik nie odróżnia wroga od towarzysza, wtedy wygrywają ci którzy są lepiej przeszkoleni. Wykorzystać słabość przeciwnika. Tak. To jest ich słabość. Choć zjednoczeni wciąż różni. Łatwo jest rozbić ich na mniejsze oddziały. Na grupki, które będą próbować coś zdziałać same zamiast się przegrupować. Tak. To była jedyna droga do zwycięstwa. Wygraliśmy tę bitwę. Jednak nie siłą. Lecz taktyką.

    Dziwne. Przeżyłem. Oswoiłem się w sumie z tym że zginę, ale gdy wróg zaczął się sypać to nowa siła wstąpiła we mnie i mych towarzyszy. Ruszyliśmy i wygraliśmy . Nawet
    Zdobyłem jedną chorągiew. Tyle tylko że jakiś wariat z młotem uszkodził mi rękę. Chociaż w sumie to dobrze. Jestem bohaterem wojennym, a zarazem nie mogę kontynuować służby także w chwale wracam do domu. Ciekawe jak długo jeszcze potrwa ta wojna? Chociaż nie. Zadałem złe pytanie. Powinienem zapytać czy kiedyś nastanie ten jeden, całkowity pokój dla wszystkich. Tak to jest dobre pytanie.

Cześć!

Sign in

Zapomniałeś hasła?

Nie masz konta? Zarejestruj się

Zamknij
z

Ładowanie...